czwartek, 2 kwietnia 2015

ROZDZIAŁ 7. Decision...




bardzo proszę o komentarz każdego, kto przeczytał rozdział



               Niepokój. Niepokój jest czymś, co doskwiera najbardziej przy podejmowaniu trudnych decyzji.
               Czasami towarzyszy nawet wtedy, kiedy wybór został dokonany i pozostaje tylko zamknąć oczy i zrobić krok do przodu. Ale co, jeśli będzie to krok w przepaść?
               To właśnie niepokój zmusza nas do otwarcia oczu i zrobienia dwóch kroków wstecz.
               Wahanie. Wahanie pojawia się wtedy, gdy ciężej jest wybrać lepszą opcję.
               Moment zawahania nadszedł, kiedy pośród gwaru, jaki panował na lotnisku, dotarł do mnie dźwięk cichego płaczu. Nie wiedziałam do kogo on należał, ale i tak serce ścisnęło mi się na myśl, że to właśnie moja matka wylewa łzy nad losem swojej córki.
               Bolało. Bolało bardzo, mieć świadomość, że przyczyniam się do cierpienia własnych rodziców. Mam wrażenie, że na pewnym etapie swojego życia, stałam się maszyną, zaprogramowaną tak, by niszczyć wszystko i wszystkich na swojej drodze.
               - Gotowa? – spytał przyjaciel, gdy wraz z innymi pasażerami zmierzaliśmy w kierunku samolotu.
               - Tak – odpowiedziałam. Prawda była jednak taka, że każda cząsteczka mojego ciała krzyczała coś zupełnie innego. Zignorowałam głos podświadomości, mówiący, bym zawróciła i została w domu.
               Starałam się również ignorować wszelkie towarzyszące mi w tym momencie wątpliwości.
              
               Zajęliśmy swoje miejsca w samolocie. Ja siedziałam przy oknie, natomiast Lucas obok mnie.
               Położyłam dłoń na ramieniu przyjaciela i poczułam, jak jego napięte mięśnie rozluźniają się pod wpływem mojego dotyku.
               Lucas zawsze bał się latać. Mimo, że razem zwiedziliśmy niemal całe Stany Zjednoczone, podróżując jedynie liniami powietrznymi, on i tak zaczynał panikować, gdy tylko samolot unosił się podczas startu.
               Z tego też powodu ulżyło mi, gdy po chwili usłyszałam ciche chrapanie przyjaciela. Naprawdę cieszyłam się, że Lucas zasnął jak dziecko, jeszcze zanim wystartowaliśmy. Jestem pewna, że tej nocy nie spał zbyt wiele. Nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że w ogóle nie zmrużył oka.
               Zawsze źle znosił lot. Mi natomiast szybowanie w powietrzu przynosiło swego rodzaju ukojenie.
               Przymknęłam oczy i postanowiłam się odprężyć. Głośna muzyka w słuchawkach skutecznie zagłuszała kotłujące się głowie, niespokojne myśli.
               Po moim policzku spłynęła pojedyncza łza, na wspomnienie ostatnich chwil z rodzicami. Oboje zdawali się być nieobecni, jakby wewnętrznie przeżywali żałobę, której nadejścia oczekiwali.
               Znacie to uczucie, kiedy macie wrażenie, że robicie źle, jednocześnie będąc pewnym, że jest to jedyne dobre wyście?
               Nie chcę wiecznie krzywdzić bliskich.
Nie chcę palić za sobą mostów i docierać po trupach do własnych wyimaginowanych celów.
Nie chcę przyczyniać się do kolejnych łez moich rodziców, chociaż wiem, że jestem jedynym powodem, dla którego wyleją ich jeszcze wiele.
I w końcu nie chcę spełniać marzeń, gdy świadomość, że ranię innych, miażdży moje serce.
Mówią, że człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać, bo przegranym jest się dopiero wtedy, gdy przestaje się mieć nadzieję. Jednak co, jeśli pewne wydarzenie całkowicie ją zabierze? Co dzieje się z człowiekiem, który traci nadzieje? Umiera? A czy nadzieja zapewnia nieśmiertelność?
Z tymi myślami dałam się pochłonąć ciemności swoich najgorszych koszmarów, mylnie zwanej snem.


***
Otworzyłam oczy, czując na sobie czyjeś przenikliwe spojrzenie. Przede mną stała młoda, ubrana w granatowy uniform, stewardessa, która bezczelnie żuła gumę, otwierając przy tym szeroko usta, podkreślone krwistoczerwoną szminką. Badała moją twarz obojętnym, niemal znudzonym wzrokiem.
- Za chwilę lądujemy, proszę zapiąć pasy – powiedziała i pochyliła swoje wychudzone ciało w stronę mojego przyjaciela, jak się domyślam, żeby go obudzić. Powstrzymałam ją jednak jednym ruchem ręki.
- Ja to zrobię.
Bez słowa odeszła, a ja zapięłam pas bezpieczeństwa Lucasa, a następnie swój, po czym poprawiłam się na fotelu i głęboko odetchnęłam.
Nadszedł ten moment.
Ostatnia przygoda.
Za późno na odwrót.
Moje serce w jednej chwili ogarnęła nieskończona pustka.
Doświadczając czegoś po raz ostatni, uświadamiamy sobie nader dobitnie, jak bliscy jesteśmy końca.



***
 Krok po kroku przemierzałam długi korytarz z najważniejszą osobą w moim życiu. Sercem byłam jednak przy kimś, dla kogo to ja jestem najważniejsza w życiu. Nieobecnym wzrokiem badałam sylwetki ludzi idących w jednym kierunku. Byli tak zaaferowani swoim życiem, że nie zauważyli strachu w oczach małej, zapłakanej dziewczynki, która stojąc na środku korytarza, rozglądała się nerwowo dookoła, a panika w jej czarnych tęczówkach z każdą sekundą wzrastała.
 - Hej, maleńka, co się stało? Czemu płaczesz? – spytałam, kucając przy jej malutkim ciałku. Musiała mieć dopiero cztery latka. To straszne, że takie bezbronne istoty muszą wypłakiwać bolesne łzy, kontrastujące z ich szczęśliwym, bezproblemowym życiem.
Dziewczynka wciągnęła głośno powietrze, a jej dolna warga zadrżała gwałtownie.
- Chcę do mamusi!
- Pomogę ci znaleźć mamusię, dobrze? – pokiwała głową, więc położyłam delikatnie dłonie po jej obu bokach i uniosłam, przytulając do piersi. Zaczęłam gładzić ręką jej czarne, proste włoski, ucięte równo ponad ramionami. – Cii, nie płacz, skarbie. Jak masz na imię?
- Hope. Gdzie moja mamusia?
- Zaraz ją znajdziemy, skarbie, proszę cię, nie płacz, dobrze? – zatrzymałam się na chwile i patrzyłam jej w oczy, dopóki nie pokiwała główką. Gdy na znak zgody zrobiła to, na co czekała, roztrzepałam jej równą grzyweczkę, kończącą się na poziomie jej brwi. – Ja jestem Molly. Miło cię poznać, Hope – połaskotałam ją po brzuszku, na co otrzymałam dźwięczny, dziecięcy śmiech, który opuścił jej malinowe usteczka. – Jak ma na imię twoja mamusia?
- Maria, ale wszyscy mówią na nią Mary. A tatuś to George. Pracuje w takiej wielkiej hurtowni zabawek i często przynosi mi jakąś. Mamusia zwolniła mnie z przedszkola i pojechaliśmy na wycieczke! Lecieliśmy tak bardzo wysoko… - mała całkowicie się rozgadała, energicznie przy tym gestykulując, a ja z fascynacją wpatrywałam w jej niezamykającą się buźkę.

Z torbą przewieszoną przez ramię i dziewczynką na rękach krążyłam po lotnisku w poszukiwaniu rodziców Hope. Lucas przez cały czas dotrzymywał mi kroku, ale pozostawał milczący, jakby zdawał sobie sprawę z mojego zatroskania.
Przeszukaliśmy już wszystkie terminale i łazienki, pytając napotkanych ludzi o szukające zagubionego dziecka małżeństwo. Nikt nic nie wiedział. Jeden mężczyzna z wyraźnymi japońskimi rysami twarzy zaczął coś krzyczeć w swoim ojczystym jezyku, wymachując rękoma na wszystkie strony. Wyglądało to przekomicznie, jednak nam nie było do śmiechu. W dalszym ciągu szukaliśmy.

Naprawdę pragnęłam znaleźć tych obcych mi ludzi, nie tylko ze względu na ich córeczkę. Widziałam bowiem w czarnych oczach dziewczynki odbicie własnej słabości i strachu, który kumulował się w moim wnętrze, powody jąć mimowolne skurcze żołądka. Po prostu czułam, że pomagając tej małej istotce, przyczynię się też do poprawy własnego samopoczucia.
- Molly, myślę, że powinniśmy udać się do punktu informacyjnego – zaczął w końcu Lucas, kiwając głową w stronę kolorowych napisów, których neonowe litery układały się, tworząc wyrazy w różnych językach.
- To świetny pomysł!
- Dzień dobry, w czym mogę państwu pomóc? – spytała młoda kobieta około dwudziestu lat, azjatyckimi ryzami twarzy. Wyglądała jak żywa lalka.
- Dzień dobry, ta dziewczynka – uniosłam lekko ręce, którymi oplatałam drobne ciałko Hope – zgubiła się i nie możemy znaleźć jej rodziców.
- Rozumiem. Jak się nazywasz, skarbie? – zwróciła się do małej.
- Hope Lubratty.
- A twoi rodzice…?
- Mamusia ma na imię Maria, ale wszyscy mówią na nią Mary. A tata to George.
- Dobrze, zaraz rodzice się znajdą kochanie – odezwała się i, zanim Hope zdążyłaby cokolwiek dodać, wstała i podeszła do drugiej kobiety i poinstruowała ją, co i jak ma zrobić.
Słyszałam jednak, jak dziewczynka wciągnęła cicho powietrze, by zacząć ponowną przemowę na temat rodziców. Czując, jak kuli ramiona w geście zawodu, gdy kobieta zignorowała jej chęć komunikacji, mocniej owinęłam ją rękoma i pozwoliłam, by wtuliła się w poją szyję.
Po chwili w głośnikach rozbrzmiał delikatny, kobiecy głos:
- Uwaga! Rodzice Hope, Maria: Maria i George Lubratty proszeni są o zgłoszenie się do punktu informacyjnego.

Kobieta powtórzyła tę informacje jeszcze w kilku językach, a niemal minutę później wyznaczone miejsce przybiegło dwoje młodych ludzi. Siedziałam właśnie na plastikowym krzesełku, trzymając Hope na kolanach. Obok mnie siedział Lucas, wpatrzony w ekran swojego czarnego iPhone’a. Nawet z daleka można było zauważyć jego lśniące nieznanym blaskiem oczy. Uświadomiłam sobie, że wszyscy wokół mnie są szczęśliwi, tylko ja cały czas próbuję wykrzesać z siebie choćby pozory radości. Tak długo nie potrafiłam dopuścić do siebie myśli, iż otaczający mnie ludzie nie ograniczają swojego życia tylko i wyłącznie do mojej osoby, że teraz poczułam się tym co najmniej wstrząśnięta. Odkąd utraciłam swoje dotychczasowe życie, jedyne, na czym się skupiałam, było moje cierpienie. Myślałam tylko o sobie, oczekując od innych tego samego. Podświadomie żądałam od nich całkowitego skupienia na mojej śmierci i zapomnieniu o czasie, kiedy jesteśmy razem. Zapomnieniu o chwilach, w którym powinniśmy cieszyć się swoją obecnością, zamiast opłakiwania przyszłości. W całym swoim życiu wylałam najwięcej łez nad tym, co dopiero przyjdzie. Nawet po nocy, w której popełniłam największy błąd mojego życia, nie płakałam tak bardzo, jak teraz.

Mogłam sobie pójść. Mogłam posadzić Hope na krzesełku, ucałować oba policzki i odejść. Wiem też, że gdyby nie mój upór, Lucas już dawno wyciągnąłby mnie z dala od lotniska. Jednak w chwili, gdy po raz pierwszy przytuliłam do siebie ciało tej małej dziewczynki, poczułam względem jej prawdziwą troskę. Nie mogłam tak po prostu odejść, nie upewniając się uprzednio, czy bezpiecznie nie dostała się z powrotem w ręce zatroskanych rodziców.
Kobieta, jak się domyślam – Maria, zabrała mi z kolan Hope i zamknęła w silnym, matczynym uścisku. Nie zrobiła tego jednak gwałtownie, jakby bała się, że zrobię krzywdę jej córce. Spojrzała mi głęboko w oczy i uśmiechnęła się delikatnie, a przez ten gest przemawiała ulga. Skinęłam tylko głową i odwzajemniłam uśmiech.
Maria była wysoką brunetką z meksykańskimi rysami. Miała szerokie biodra i wąską talię, która uwypuklała jej piersi. Była bardzo ładną kobietą. Jej ciemnobrązowe, niemal czarne włosy opadały kaskadami na ramiona i zwisały z tyłu, kręcąc się na końcówkach. Patrząc jej w oczu, niemal identyczne, jak oczy Hope, widziałam prawdziwą miłość i charakterystyczny błysk. Taki sam, jaki zdążyłam już kilkukrotnie zaobserwować w oczach mojej matki.
Ponownie poczułam ścisk w okolicy serca, gdy widziałam rodziców tulących do piersi swoją malutką córeczkę. Dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego w przestraszonym spojrzeniu Hope, widziałam siebie. Ja również byłam zagubiona tak, jak zagubiona była ta dziewczynka. Usilnie potrzebowałam obecności rodziców, kiedy na własną prośbę oddalałam się od nich.
Wtedy, jak w odpowiedzi na moje myśli, rzucił mi się w oczy migający na tablicy odlotów napis New York. „Dom” – pomyślałam. Poczułam, że to znak. Ostatnia szansa, by naprawić dwój błąd. Kilka metrów ode mnie stała kasa biletowa. Wystarczyło pójść tam i powiedzieć tych kilka słów, które z pewnością złamią serce mojego przyjaciela.

Każdy z nas zastanawiał się kiedyś nad swoją przyszłością. Myślał, jak to będzie. Snuł wtedy plany, w których krok po kroku spełniał swoje marzenia.
W jaki sposób te dwa słowa, które wyryły się głębokimi szramami w mojej historii, mogły tak po prostu zniszczyć wszelkie pragnienia, kreując swój własny zarys ostatnich chwil mojego życia? To wszystko byłoby łatwiejsze, gdybym żyła w nieświadomości. Cała ta procedura stopniowego odchodzenia z tego świata w ogóle nie przypadła mi do gustu. Wolałabym jedną chwilę, sekundę, w której wszystko tak po prostu znika i nie ma niczego oprócz bezkresnej pustki.
Zawsze wiedziałam, że któregoś dnia i tak to się stanie. Nigdy jednak nie przypuszczałam, że stanie się to tak szybko, że nie zdążę spełnić choćby jednego marzenia. Choćby tego najprostszego. Wielkie czyny zostawiałam sobie a przyszłość, odkładałam na dalszy plan, stawiając na pierwszym miejscu samorealizację i pogłębianie swojej wiedzy.
Teraz stałam z pliczkiem banknotów przed szeroką ladą, patrząc w oczy młodego mężczyzny w uniformie, skupionego postawionym przed jego twarzą ekranie komputera.
- Poproszę bilet w jedną stronę do Nowego Jorku – dźwięczało mi w uszach. Wystarczy powiedzieć tylko te kilka słów. Jedna decyzja.
Wracam.
Zostaję.
Wzięłam głęboki wdech, próbując unormować oddech. Łzy zaczęły gromadzić się pod powiekami, lecz nie zamierzałam pozwolić im wypłynąć.
Gorący prąd przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa, odbierając zdolność do jakiegokolwiek ruchu.
Nogi nie były w stanie utrzymać mojego ciężaru.
Włosy uniosły się pod wpływem bezwładnego opadania ciała.
Nie czuła rąk przyjaciela, które w ostatniej chwili uratowały mnie przed spotkaniem z zimną posadzką.
Ostatnie, co widziałam to przerażone oczy Lucasa.
Wiedziałam jednak, że to tylko moment, zanim wszystko wróci.
Zanim odzyskam przytomność.

***
William’s P.O.V.
Metaliczny dźwięk kręcącego się magazynku nawiedzał każdy z najgorszych koszmarów. Do tej chwili czuję na głowie dotyk spluwy. Strzał, który wyszedł z przyłożonej do mojej potylicy broni. Strzał wymierzony w glinę. To był jedyny moment, jak odurzony heroiną, nie wstrzymałem oddechu w oczekiwaniu na śmierć.
Kiedy dwoje niedoświadczonych policjantów wbiegło przez metalowe drzwi, czas stanął w miejscu. Poczułem, jak stojący z mną mężczyzna odrywa rewolwer od mojej głowy i wymierz strzał. Wystrzelił. Ja również nacisnąłem za spust, jednak moja broń wydała z siebie jedynie pusty dźwięk.
Byłem na krawędzi. Za każdym razem wstrzykiwałem sobie w żyłę śmiertelną dawkę narkotyku, w ostatniej chwili wyjmując strzykawkę. Tamten dzień był ostatnim, w którym stanąłem obiema stopami na krwawym ringu, nad którym wisiała pojedyncza żarówka. Dookoła zawsze ustawiały się tłumy. W momencie, gdy trzynastu mężczyzn w różnym przedziale wiekowym, z różną przeszłością, ustawiało się w kole, zaczynały się licytacje. Każdy zaczynał zabawę w Boga. Nieskończona ilość pojedynczych cyferek ustawionych w rzędzie. To stanowiło wartość człowieka.
Tymczasem na ringu odbywał się prawdziwy horror. Trzynastu mężczyzn. Trzynaście historii. Trzynaście charakterów. Dwanaście ciał opadających bezwładnie, tonących w kałuży krwi. Jeden zwycięzca.
Każdy otrzymywał jeden rewolwer i jeden nabój. Naszym zadaniem było trzymanie się instrukcji naćpanego faceta, który ledwie utrzymywał się siedząc na wysoko umieszczonym krześle.
Załaduj.
Przekręć magazynkiem.
Odblokuj broń.
Wymierz cel.
W momencie, gdy wisząca na kablu żarówka zapalała się, trzynaście palców pociągało za spust.
Pięćdziesiąt procent szans na przeżycie.

Nikt nie wie o tym, co działo się za murami opuszczonego magazynu, w którym przeżyłem najgorszy koszmar swojego życia.
Nikt nie wie, ilu obcych mi ludzi padło pod strzałem moje broni.
Nikt nie wie, że kilka tygodni spędzonym w wiecznie przepełnionym tłumem kasynie, nie było najgorszym etapem mojego życia.
Najgorszym było zdobywanie pieniędzy.
Dźwięk pustego wystrzału w glowie i blizna na moim boku na zawsze pozostawia te chwile w najczarniejszej stronie moich wspomnień.

Dostałem szanse, którą wykorzystałem w najlepszy sposób. Teraz wiem, że było warto tyle cierpieć, by teraz móc widzieć uśmiech na ustach mojej żony oraz córki.

Pogładziłem dłonią zaróżowiony policzek śpiącej Barbary, zjeżdżając niżej, na jej ramię, by w końcu spleść nasze palce ze sobą. Widząc spokój ogarniający moją ukochaną, sam uspokajałem się po dręczącej mnie co noc dawce najgorszych wspomnień.
Nasze dłonie pasowały do siebie w każdym calu. Tak jak nasze serca, łączyły się ze sobą niczym dwa kawałki jednego jabłka. Tworzyliśmy nierozerwalną całość, razem stawiając czoła trudom życia.
Nie wiem, co stanie się z nami, gdy Molly odejdzie.
Nie wiem, czy wytrzymamy ból utraty najważniejszej osoby w naszym życiu.
To przy niej kształtowaliśmy swoją miłość. To ona jest jej owocem, który upadł i umiera powoli, by niedługo stac się częścią ziemi, po której stąpamy każdego dnia.
Nie wiem, czy będę w stanie patrzeć w oczy mojej żony, świadomy tego, że to ja przyczyniłem się do jej cierpienia. Gdybym to ja wtedy zginął, a nie ten niewinny człowiek, Barbara tworzyłaby prawdziwą rodzinę z innym mężczyzną, który zagwarantowałby jej życie w szczęściu i dostatku. Tymczasem od samego początku naszej znajomości musiała walczyć z demonami mojego umysłu. Walczyć z moją przeszłością, która już nigdy nie pozwoli mi żyć, jak normalny człowiek. Taki, jakiego od zawsze pragnęła poślubić.

Jednego jednak jestem pewien bardziej niż własnego serca, bijącego w mojej piersi. Nigdy jej nie opuszczę. Nigdy nie pozwolę jej upaść.






Witam po dłuuugiej przerwie, za którą przepraszam!!
Będę starała się dodawać kolejne rozdziały co tydzień, ale w tym momencie niczego nie mogę obiecać
mam jedynie nadzieję, że ci, co byli, zostali <3
no więc jest już rozdział 7., z którego jestem chyba zadowolona

ostatnio myślałam, czy aby za bardzo nie kombinuję w konstrukcji zdań
mimo, że są spójne, wydają mi się dość poplątane

przy okazji zaznaczam, że nie sprawdzałam, więc przepraszam, za jakiekolwiek błędy
a teraz odnośnie treści rozdziału:
1) ponownie wprowadziłam perspektywę ojca Molly
spowodowane to było filmem, który strasznie mnie natchnął
scena ze wspomnień Williama, jak i zdjęcie pod koniec rozdziału pochodzi właśnie z tego filmu
nosi tytuł 13 i jest to chyba jeden z lepszych filmów, jakie ogladałam
dla fanów thrillerów - polecam z całego serca<3

2) jak myślicie, Molly zdecyduje się wrócić, czy zostanie w Japonii?

po raz kolejny bardzo proszę o komentarz każdego, kto przeczytał rozdział <3 

Dziękuję bardzo Milly MelRed za wykonanie tego ślicznego szablonu<3 


niedziela, 15 marca 2015

ROZDZIAŁ 6. The worst memories






- Właśnie... Co do tego wyjazdu - zaczął, a jego głos wydawał się spięty. Zanim dokończył zdanie, przez głowę przeszły mi setki najczarniejszych myśli i scenariuszy, a po zimnym policzku spłynęła mi pojedyncza, słona łza. Nie. On nie może teraz zrezygnować. Nie, kiedy postanowiłam odzyskać swoje utracone życie. - Myślisz, że wystarczą mi cztery pary szortów, czy spakować jeszcze te czerwone? 
Odpowiedział mu mój, poprzedzony chwilą ciszy,  histeryczny śmiech, który rozniósł się echem po całym pokoju, jak nie i domu. 
- Pytam poważnie.
- Serio, Lucas? Jest pięć po dwunastej, a ty zawracasz mi głowę swoimi szortami?!
- Po prostu mi odpowiedz i dam ci święty spokój - odburknął cicho, wyraźnie skrępowany moją reakcją. Ja natomiast odzyskałam swój dobry humor, zadowolona z takiego, a nie (broń cię Panie Boże) innego, z pewnością znacznie gorszego obrotu spraw.
- Czerwone są okej. Możesz je wymienić na rzecz tych siwych, bo tamte są okropnie wieśniackie.
- Skąd ta pewność, że je spakowałem?
- Bo wiem, jak bardzo je lubisz.
- Dobra, wygrałaś. Dzięki.
- Nie ma za co, papa!
- Molly, czekaj! - zawołał jeszcze, zanim zdążyłam przerwać połączenie.
- Co?
- Przepraszam.
- Oh...
- Nie powinienem był tak na ciebie dzisiaj naskoczyć. Sam nie wiem, co się ze mną działo.
- Nie szkodzi. Może po prostu przeżywasz nasz wyjazd - powiedziałam spokojnie, mając nadzieję na prawdziwość tych słów. Jednak w głębi mnie wciąż tliły się oznaki niepokoju, że jednak jest coś, co przyjaciel wolałby zachować przede mną w ukryciu. Coś, co mogłoby mi złamać serce. Teraz jednak, póki pozostawałam w niewiedzy, właśnie to łamało mi je najbardziej.
- Tak, pewnie masz rację - odpowiedział wymijająco, a jego beznamiętny, jednak minimalnie pospieszny ton w jakim wypowiedział te słowa, jedynie pogłębił mnie w przeświadczeniu, że mój najlepszy przyjaciel nie mówi mi całej prawdy i jest całkowicie pewny powodu swojego dzisiejszego zachowania. - Czuję, że to będą najlepsze nie-wakacje w historii świata! - skutecznie zmienił temat, powracają do tego, który powodował uśmiech na mojej twarzy. Zaśmiałam się.
- Też tak myślę...
- Dobra, kicia! Śpij dobrze, ja idę się dalej pakować.
- Czemu mnie nie dziwi, że zwlekałeś z tym do ostatniej chwili?
- Nie żartuj sobie. Wiesz dobrze, jak nienawidzę się pakować! Dobranoc, Molly. Masz się wyspać.
- Obiecuję!
 Kiedy połączenie zostało przerwane, jeszcze raz cicho się zaśmiałam i ułożyłam wygodnie na poduszkach, odpływając w głęboki sen, przeplatany radosnymi, kolorowymi marzeniami. Tylko raz, jeden jedyny, przemknęła przez nie myśl o moim przyjacielu i skrywanej przez niego tajemnicy.

***

Powolnie podniosłam powieki.
Tyle wystarczało, by stwierdzić, że cały pokój pogrążony był jeszcze w bezkresnym mroku nocy. Zamrugałam kilka razy, by odzyskać ostrość widzenia i przyzwyczaić oczy do braku światła. Elektroniczny zegar, stojący na stoliczku nocnym, wskazywał na godzinę piątą, co oznaczało, że spałam niespełna pięć godzin. Czułam się jednak wypoczęta.
Zapaliłam lampkę nocną i, gdy jej blade światło rozprzestrzeniło się po przestronnej sypialni, przecinając ogarniającą ją dotąd ciemność, wstałam z łóżka i odsłoniłam okna.
Zza horyzontu nieśmiało wyglądało słońce, mieniąc swym światłem niebo na tysiące pięknych kolorów. Niezwykłego efektu dodawały drapacze chmur, połyskujące w odbijających się w ich szklanych ścianach, kolorach tęczy.
Mieszkałam na obrzeżach miasta, na górce, z której miałam idealny widok na panoramę metropolii. 
Uwielbiałam patrzeć, jak to wielkie miasto tętni życiem, kiedy moja spokojna okolica pogrążona była w głębokim, niczym nie zmąconym śnie. 
To tak, jakby oderwać się od swojego ciała i stanąć obok. Patrzeć jak funkcjonuje, budzi się do życia i zasypia, jak walczy ze swoimi myślami, których niemy dźwięk, nie dociera do naszych uszu. 
Stałam jeszcze chwilę przed oknem, napawając się cudownym widokiem przede mną, po czym postanowiłam uwiecznić ten moment. Chwyciłam swój telefon i łącząc się z Wi-Fi, włączyłam aparat i zrobiłam zdjęcie. Nałożyłam jeszcze odpowiedni filtr i dodałam na Instagrama z dopiskiem "Good Morning, Everyone"

Po sprawdzeniu, czy wszystko dodało się jak trzeba, wskoczyłam pod orzeźwiający prysznic. Namydliłam ciało pomarańczowym płynem, a we włosy wtarłam szampon. Spłukałam z siebie pianę i nałożyłam jeszcze odżywkę. 
Wytarłam ciało ręcznikiem i wmasowałam w skórę czekoladowy balsam, który idealnie komponował się z zapachem mojego żelu pod prysznic. Ubrałam na siebie czarną bieliznę, a na to szare legginsy i prześwitującą, białą koszulę bez rękawów.
Włosy rozczesałam i wysuszyłam, po czym związałam u góry w koński ogon. 
   
Gotowa już, zeszłam na dół i skierowałam do kuchni. Zanim jednak przeszłam przez próg, zobaczyłam łunę światła, wychodzącą z jej wnętrza. 
- Mamo? - spytałam niepewnie. 
Siedziała skulona na kuchennym blacie. Ubrana była w piżamie, co w jej przypadku było dość niepokojące. Choćby się paliło i waliło, moja kochana rodzicielka nie wyjdzie z sypialni, dopóki się nie przebierze i umaluje. W gorsze dni wystarczał jej narzucany na ramiona szlafrok i odrobina sypkiego pudru, nakładana na oczyszczoną uprzednio twarz. 
Teraz jednak siedziała oparta piętami o brzeg blatu z łokciami ułożonymi na kolanach i papierosem w lewej dłoni. Patrzyła ślepo przed siebie, co jakiś czas zaciągając się trującym dymem. 
Światło rzucane z lampki pod okapem odbijało się od mokrych strużek płynących wzdłuż policzków. Po raz kolejny płakała przeze mnie. Z jej bladych oczu zniknęły wszelkie ślady szczęścia, które jeszcze wczoraj mieniły się w jej tęczówkach. Była jakby w transie. Nie zwracała uwagi na nic, poza tym jednym papierosem żarzącym się w jej dłoni. 
Nie obdarzyła mnie choćby krótkim spojrzeniem, kiedy podeszłam do niej i wyrwałam go z jej ręki gasząc w napełnionym wodą zlewie. Pozostawała w wiecznym bezruchu nawet, gdy zamknęłam ją w silnym uścisku, szepcząc we włosy słowa otuchy.
Pamiętam, jak kiedyś jako dziecko, uczyłam się techniki medytacji. Chciałam być jak moja mentorka, ulubiona postać z filmów disneya - Wendy Wu. Chyba każdy zna ten film, nie muszę się wgłębiać w fabułę. Próbowałam raz w ten sposób nauczyć się na sprawdzian z fizyki, niestety przedmioty ścisłe nie są moją mocną stroną i powtarzanie jak mantrę 'ommm' tego nie zmieniło. 
Z wiekiem jednak uświadomiłam sobie, że medytacja pomaga przede wszystkim oczyścić umysł z myśli, kotłujących się w głowie niczym pszczoły w ulu. Nigdy jednak nie udało mi się wyłączyć na tyle, by pozostać sam na sam z własną duszą. 

- Wrócę - szepnęłam cicho świadoma powodu, który zmusił łzy do opuszczania swojego dotychczasowego miejsca, umiejscowionego pod powiekami i ponownie pogładziłam dłonią plecy matki. - Obiecuję.
Wiedziałam, dlaczego płacze. Czułam to, tak jak czuje się czyjś wzrok, wypalający dziury w ciele. To się po prostu wie. Nie potrafię tego wyjaśnić.
Mama zawsze płakała przeze mnie. Najpierw, gdy po raz pierwszy wzięła mnie w ramiona, szepcząc, że jest moją mamusią. Potem z bezradności po kilku ciężkich nocach, kiedy nie dawałam spać sąsiadom przez męczące mnie kolki. Później zaczęły się problemy okresu dojrzewania i wiele bolesnych słów wykrzyczanych w złości przez moje usta. 
   Teraz świadomość, że powoli traci mnie, niszczy ją od środka, a taka rozłąka negatywnie się na niej odbija. Wiem, że mogę nie wrócić. Wiem, że jeden niewłaściwy ruch, jedna źle podjęta decyzja może skończyć się dla mnie tragiczne. Wiem to, ale wiem też, że jest to moja ostatnia szansa na życie i nie mogę jej zmarnować. To, że pogodziłam się ze swoim losem, nie oznacza od razu, że poddam się bez walki.


***

Siedzieliśmy właśnie całą rodziną przy stole, stojącym w jadalnej części salonu. Mama w końcu się uśmiechała, a po jej porannej nostalgii nie było śladu. Powróciły także te cudowne promyczki, które od kilku dni rozświetlały jej oczy. Nadal nie wiem, co było powodem jej szczęścia. Ostatnio spędzałyśmy razem niewiele czasu, ona pracowała, ja natomiast wstawałam dość późno, kiedy nie było jej już w domu, a popołudnia spędzałam z Lucasem i Ashley, którzy mimo wszystko mieli jeszcze szkołę.
Uświadomiłam sobie, że nie mam pojęcia, co działo się w życiu mojej matki tak odległym od mojego, pozornie bezproblemowego, nie tylko na przestrzeni ostatnich miesięcy. To się ciągnie już przez lata, a ostatnie wydarzenia tylko pogorszyły nasz kontakt. 
Dawno nie siadałyśmy razem przy herbacie, zdając sobie relacje z całego dnia, tak jak wtedy, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, która tak niewiele wiedziała o życiu. Wtedy miałam poczucie obowiązku, by opowiedzieć jej o chłopcu, który pocałował mnie w policzek, tak samo, jak ona mówiła mi o zmianach, jakie wdrożył w życie jej szef. I mimo, że czasami nie rozumiałam niczego spośród długich, skomplikowanych wyrazów, jakich używała, by opisać swoje relacje z przełożonym oraz współpracownikami, chłonęłam je całą sobą, pełna podziwu do dorosłego i odpowiedzialnego trybu życia, jaki prowadziła rodzicielka i o jakim wtedy marzyłam. Jednak tak, jak pragnęłam słuchać historii o jej życiu, tak nie kwapiłam się opowiadać o swoim, przekonana, że zabiera mi to prywatność, której granicę krok po kroku powiększałam, utajając najbardziej wstydliwe chwile i myśli powstające w moim dojrzewającym ciele i umyśle.
Teraz natomiast zaczynam rozumieć, że te wieczory należały tylko do nas i pogłębiały zaufanie, które potem nieświadomie stopniowo zmniejszałyśmy. To tak, jakby robić jeden krok do przodu, a dwa do tyłu. Z jednej strony tworzyłyśmy pozory szczerości, z drugiej zaś, coraz więcej przed sobą ukrywałyśmy, świadome, że jedno niewłaściwe słowo odkryłoby rąbek bolesnej prawdy, którą obie usilnie starałyśmy się ukryć. Również wstyd powstrzymywał nas od całkowicie szczerych wyznań. Obawiałam się jej reakcji, gdybym powiedziała jej o fizycznym pociągu do drugiego człowieka, którego jeszcze nie potrafiłam pojąć, a także to doznaniach, których doświadczałam przez niewinny dotyk. Uczyłam się wtedy własnego ciała i intymności, nieświadoma swojego grzechu.
Jednak mama również nie pozostawała świętą, jaką się dla mnie dotąd wydawała. Przez przypadkowo przeczytane esemesy, które nigdy nie powinny zostać wysłane, zrozumiałam, co oznacza subtelność, o jakiej zawsze wspominała mówiąc o swoim szefie. Nieświadomie jednak przyczyniłam się do cichych dni między dwiema najważniejszymi w moim życiu osobami, powtarzając kilka dość  nieodpowiednich, jak dla ośmiolatki słów, które znalazłam w jednej z wiadomości.
Oczami dziecka wszystko wydaje się proste. Nie ma problemów. Jest tylko prawda, albowiem prawda zawsze pozostanie świętością. I racja, gdybyśmy wszyscy byli ze sobą szczerzy, żylibyśmy w wiecznym szczęściu tak jak Adam i Ewa, zanim dali się zwieść mylnym słowom Szatana. 
Jako mała dziewczynka, chodziłam do kościoła. Widziałam w tym sens, jakkolwiek dziwnie to brzmi z ust kilkulatki. Odnajdowałam własne, czyste jeszcze wtedy, wnętrze w codziennie odmawianym paciorku i wieczornym czytaniu Biblii, wzbogaconej o kolorowe obrazki. Czułam, że w ten sposób nawiązuję relację z czymś, czego żaden wielki umysł nadal nie był w stanie pojąć. Ja pojmowałam. Pojmowało go moje małe, bijące serduszko, którego oczy pozostawały przymknięte na krzywdy tego świata.
To one pozbawiły mnie wiary. Pozbawiły mnie resztek nadziei, że to jednak ma sens. I mimo, że nadal bywają chwile, kiedy sięgam wieczorem po leżącą w szufladce mojego nocnego stolika, niewielką, obitą czerwoną skórką książeczkę, zawierającą jedyną prawdę, w którą wierzyła mała dziewczynka, będąca moim dziecięcym wcieleniem, teraz nie czuję w sobie tej mocy, jaka wypełniała mnie od środka za każdym razem, kiedy moich uszu docierały kolejne słowa Pisma Świętego. Teraz, w cieniu codziennej brutalności, blask szczerości gaśnie, tłumiony usilnie przez zakłamane usta potrzeb. Lepiej oczyścić swój dobry wizerunek kosztem drugiego człowieka, dopóki ludzie pamiętają o wyrządzonej im krzywdzie. Dopiero po latach, kiedy jej ból przemija w zapomnienie, czujemy się na siłach przyznać się do winy. Bo przecież, kto chciałby roztrząsać dawne problemy, gdy w jego życiu zdążyły pojawić się nowe i kolejne.


***

- Za pięć minut wychodzimy. Jesteś już gotowa, Molly? - usłyszałam wołający mnie z dołu głos taty, gdy kończyłam nakładanie tuszu na rzęsy. Schowałam małą tubkę do kosmetyczki, natomiast tą włożyłam do dużej torebki, stanowiącej bagaż podręczny. Znajdował się tam jeszcze telefon, iPod ze słuchawkami, ulubiona książka, jakiś zeszyt z długopisem i kilka paczek chusteczek higienicznych, jak i nawilżanych.
Wsunęłam na nogi czarne botki na niewielkim koturnie i z cichym westchnieniem opuściłam kolejno łazienkę i mój pokój. 
- Już biegnę! - krzyknęłam, schodząc w pośpiechu ze schodów.
Rodzice stali przy drzwiach, gotowi do wyjścia. Moja walizka leżała u stóp ojca i czekała, Az ktoś łaskawie ją podniesie.
Zauważyłam łzę uciekającą spod rzęs mojej matki, jednak zanim zdołała w pełni ujrzeć światło dzienne, została starta drobną dłonią rodzicielki. Chciałam powiedzieć w jej kierunku jakiekolwiek słowa otuchy, ale wyraz jej twarzy zmienił się całkowicie, gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, a pomalowane czerwoną szminką usta matki, wygięły się w bladym, aczkolwiek całkowicie szczerym uśmiechu, jakby tym gestem chciała przekazać mi, że jest naprawdę szczęśliwa, jednocześnie nie chcąc psuć nastroju większym wyznaniem radości.
- Już możemy iść - powiedziałam i uśmiechnęłam się szerzej w kierunku rodziców.
Tata jedną dłonią chwycił rączkę walizki, a drugą przywołał mnie do siebie, sympatycznym gestem, więc zbliżyłam się do niego i po chwili zostałam zamknięta w troskliwym uścisku ojcowskiej ręki. Poczułam jak przykłada twarz do moich włosów i poczułam delikatny pocałunek złożony na czubku głowy.
W tym samym czasie mama zdążyła otworzyć drzwi i bez słowa wyjść z domu. Zawołała nas dopiero stojąc przy samochodzie, gdzie nerwowo wystukiwała podeszwą rytm znanej tylko sobie melodii. Jej dłonie ułożone były pod piersiami, jakby chciała odgrodzić się od zła całego świata. Mimo poważnego wyrazu twarzy, kąciki jej ust uniesione były lekko ku górze, sprawiając wrażenie wiecznego spokoju i zadowolenia.
Do niej również podeszłam i przytuliłam serdecznie, obdarzając ją uśmiechem.

               Tej niemej wymianie uczuć przyglądała się z oddali zakapturzona postach, w której po chwili poznałam swojego przyjaciela. On również zbliżył się do nas i został zamknięty w rodzinnym uścisku, tak jak kiedyś, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi.
               - Czyli nie udało ci się namówić rodziców, żeby pojechali z nami na lotnisko? – spytałam go, gdy już siedzieliśmy na kanapie w samochodzie.
- Znasz ich…
               Lucas zawsze był dla mojej mamy jak rodzony syn, a ona dla niego jak matka. Jego rodzice nigdy nie traktowali go jak swoje prawdziwe dziecko, był raczej dodatkiem na niedzielnych obiadkach miastowej elity, jak perły zdobiące szyję kobiety, czy diament na serdecznym palcu prawej dłoni. Uznawali go jako rekwizyt, pomagający stwarzać pozory idealnej, kochającej się rodziny. W ten sposób,  jednak nigdy nie można było określić relacji w domu państwa Benson. Teresa Benson, szefowa wielkiej nowojorskiej korporacji, prezes w jednej w siedzib firmy pana Jonathana Bensona, od lat zdradza męża z dyrektorem finansów tej właśnie filii. Natomiast John, ojciec Lucasa, pod nieobecność żony przyprowadza do domu sekretarkę. Żeby było zabawniej oboje żyją w przeświadczeniu, że to drugie nie wie o podwójnym życiu współmałżonka, jednocześnie będąc świadomym jego zdrady. Zrozumiałe? Niekoniecznie. Mój przyjaciel jest jedynie wisienką na torcie ich wspólnych relacji. Choć wydawałoby się, że tylko on teraz trzyma ich rodzinę w kupie, nawet gdyby się wyprowadził i całkowicie zerwał z nimi jakiekolwiek kontakty, oni i tak pozostali by małżeństwem, okłamując samych siebie.
               Niestety oboje są tak zaaferowani swoimi kłamstwami, że zapominają o swoim prawie dorosłym synu, który zawsze potrzebował ich uwagi.


William’s P.O.V.
               Droga mijała w względnej ciszy. W uszach dźwięczało mi szumienie powietrza, spowodowane dużą prędkością, z jaką auto poruszało się po autostradzie. Barbara nuciła pod nosem lecącą w radiu piosenkę, a dzieciaki rozmawiały o czymś z tyłu, bardzo zaaferowane tematem rozmowy. Tak bardzo, że nie zwróciły uwagi na pytania skierowane kilkukrotnie w stronę mojej córki. Byłem ja jeden pośród swoich bliskich, pozostawiony sam sobie z myślami obijającymi mi się o czaszkę tak silnie, że w pewnym momencie zaatakował mnie pulsujący ból w skroniach.
               Im bardziej zbliżał się moment, w którym powiemy sobie „do widzenia”, tym większe miałem obawy odnośnie tego wyjazdu. Boję się. Tak, jak, dorosły facet, człowiek, który przeżył więcej niż niejeden starzec, boję się. Nie poczułem tego uczucia odkąd stoczyłem się tak bardzo, że aby zabić pragnienie, wypijałem wodę z brudnej rzeki. Wtedy się bałem, a na pewno tak tłumaczyłem sobie targające mną w tamtym okresie uczucia. Teraz jednak wiem, że w takich chwilach ogarniał mnie wstyd. Wstyd tak silny, że przeradzał się w lęk przed wścibskimi oczami wpływowej społeczności, w której kręgach się obracałem za czasów studiów.
               Wiele razy opowiadałem o tym, jak jako młody, narwany chłopaczyna skuszony wizją łatwych pieniędzy, spędzałem tygodnie w tłocznych kasynach Las Vegas. To było coś więcej niż szczeniacka zabawa. To był sposób na życie. Rosyjska ruletka. Uda ci się – jesteś królem, panem i władcą. Nie uda ci się – jesteś skończony. Ja byłem skończony.
               Słabo pamiętam czas, w którym dotknąłem dna. Zlał się on w jedno, by potem niemal całkowicie rozmyć w mojej pamięci, niczym odbicie w lustrze wody. Żadnych szczegółów. Właściwie to tylko zarys tego, co ciągnęło się w nieskończoność. Byłem wychudzony, mój żołądek skurczył się do minimalnych rozmiarów, aż w końcu miałem wrażenie, że wraz z resztkami mięśni, został wchłonięty przez wygłodniały organizm. Czasami po prostu siadałem i płakałem bezsilności. Wtedy też sięgałem po kilka liści z drzewa, na którego konarach zwykłem spać i wkładałem do buzi, by stworzyć chociaż pozory zaspokajania głodu. Bywały momenty, kiedy z potrzeby spożycia ciepłego pokarmu, wypijałem swój mocz.
               Byłem także w słabym stanie psychicznym. Będąc na głodzie, ciężko jest myśleć racjonalnie. Na głodzie w ogóle się nie myśli. Żyje się jak wygłodniały drapieżnik. Instynkt kieruje człowiekiem, nie na odwrót, tak jak być powinno. To on zmusił mnie do napadania na ludzi i sklepy. To on wtedy wpakował mnie do celi, odgrodzonej kratami od okrutnego świata. Jednak głód nie mijał, tylko znacznie postępował, przez co trafiłem na odwyk. Były to, wbrew pozorom najlepiej wspominane momenty tamtego życia. Mimo psychicznej katorgi, na jaką skazała mnie młodzieńcza głupota i naiwność, cieszyłem się każdą chwilą spędzona w ciepłym, miękkim łóżku a także każdym kęsem ciepłego posiłku.
               Niestety chwile pozornego szczęścia, jakich doznałem w ośrodku minęły tak szybko, jak pojawiły się na mojej drodze. Po wyjściu nadal byłem na dnie. Nadal nie miałem pieniędzy, nadal byłem głodny i zmarznięty. Tak samo nadal potrzebowałem heroiny. Było to może mniej odczuwalne, ale człowiek chyba się przyzwyczaja. Nie wiem.
               Wtedy pojawiła się dla mnie nadzieja. Punkt zwroty mojego beznadziejnego położenia nastąpił, kiedy pojawiła się szansa zarobienia pieniędzy. Wystarczało powiedzieć „tak”. Jednak za tym jednym słowem ciągnęło się wielkie zagrożenie. Ale cóż może stracić ktoś kto nie ma nic? Życie? Kto będzie płakał po nic nie wartym śmieciu, wydziedziczonym przez rodziców, wyklętym przez przyjaciół. Kto będzie płakał po mnie? Zgodziłem się. Zarobiłem. Spłaciłem długi. Zdołałem jeszcze opłacić doradcę prawnego, który pomógł mi całkowicie wyjść na prostą. Ten doradca przyniósł mi największe szczęście, o jakim już dawno przestałem marzyć. Został, a raczej została moją żoną, rodziła mi najwspanialszą na świecie córkę, a co najważniejsze, nauczyła, jak żyć bez jednej nerki i w dożywotniej abstynencji.
               Jednak, czy było warto? Teraz, kiedy los znowu chce wystawić mnie na próbę, zabierając mi najważniejszy skarb, jaki człowiek jest wstanie przynieść na świat?

***
               - Tato… - usłyszałem drżący szept, ale zanim zdołałem przetworzyć w głowie jego sens, zostałem przyciśnięty do małego ciałka mojej już prawie dorosłej córki. Bez słowa odwzajemniłem uścisk, wciskając twarz we włosy Molly.
               Kiedy z trudem oderwała się ode mnie, posłała mi krótkie spojrzenie, które ukazywało wszystkie uczucia, cisnące się w jej sercu.
               Często przeprowadzaliśmy ze sobą nieme rozmowy. To były jedyne chwile, w których wyzbywaliśmy się wszelkiego wstydu i skrupułów, pozostawiając samą szczerość, przekazywaną jednym, czułym spojrzeniem. Relacje, jakie stworzyliśmy jako rodzina były budowane latami, teraz jednak, zbliżając się ku końcowi, osiągnęły swoje apogeum i wybuchały krok po kroku w naszych sercach, przynosząc za sobą żal i cierpienie odczuwane przy stracie najbliższych. Największym darem od Boga są najbliżsi, jednak to od nas zależy, czy zdołamy docenić ich obecność, póki nie będzie za późno.

               Widząc tę samą kruszynkę, którą osiemnaście lat temu chwyciłem w swoje ramiona z przysięgą, że nigdy jej nie opuszczę, znikającą w oddali pośród niewielkich sklepików na terenie lotniska, poczułem ucisk w mostku. Tak silny, że momentalnie zabrakło mi w płucach powietrza, a łzy zaczęły sączyć się spod powiek długimi, mokrymi strużkami, znacząc moje policzki i mocząc zarost. Poczułem, jak obejmowane przeze mnie ciało mojej małżonki drży, a z jej ust wychodzi ciche, jednak rozpaczliwe łkanie. Wtedy czas jakby zatrzymał się, stanął w miejscu, pozostawiając nas samych, wtulonych w swoje ciała, wstrząsanych spazmami rozpaczy. Czułem, jakby właśnie teraz nadszedł moment, w którym nasze drogi rozchodzą się na zawsze, a czas biegł dalej, nieprzerwanie niszcząc na swojej drodze to, co przez lata budowałem od nowa.
               I mimo, że wiedziałem, iż moja córeczka wróci, nie mogłem wyzbyć się poczucia, że oto właśnie straciłem ją na zawsze.

               Znowu powrócił strach, że okażę się słaby i po raz kolejny wpadnę w to samo bagno, w które wplątałem się przed laty i z którego wyszedłem ledwie żywy z ubytkiem w ciele, duszy i sercu. 







DZIĘKUJĘ BARDZO ZA PONAD 1000 WYŚWIETLEŃ!! O MAMO, MOŻE NIE JEST TO NIEWIADOMO JAK WIELE, ALE 1000, TO JUŻ SIĘ ROBI POWAŻNIEJ


I po raz kolejny już PRZEPRASZAM za swoją ponad tygodniową nieobecność
nie miałam czasu i weny, ale teraz wróciła ze zdwojoną siłą

NIE SPRAWDZAŁAM! Zrobię to, jak tylko znajdę chwilę!


jak widzicie, dodałam znowu punkt widzenia innej osoby, tym razem padło na ojca Molly!
uznałam, że warto by wplątać w treść trochę historii Williama

dodatkowo, wyjaśnił się problem Lucasa, spodziewaliście się takiego obrotu spraw? 

cóż, ocenę zostawiam Wam

liczę na komentarze z Waszą opinią i o podsyłanie bloga znajomy, albo polecanie w swoich blogach
bardzo by to pomogło na start

życzę miłej nocy, bo zrobiło się dość późno odkąd w końcu postanowiłam wziąć się do roboty!
pozdrawiam<3



sobota, 7 marca 2015

ROZDZIAŁ 5. Something about leaving





               Ciężko jest unieść uchylone powieki i patrzeć przed siebie niewidomym wzrokiem. Słyszeć niewypowiedziane słowa i widzieć usilnie ukrywane gesty.
               One wydają się wszystko wyjaśniać. I nagle każde pytanie znajduje odpowiedź.
Sensem życie jest dążenie do spełnienia.
Spełnieniem jest wiedza.
               Jesteś spełniony, możesz już odejść.
               Lecz wtedy delikatny szmer wybudza ciało ze stanu chwilowego uśpienia. Wszelka nabyta wiedza niknie, pozostawiając po sobie bezkresną pustkę. Świadomość ponownie zamienia się w niewiedzę. Powrót na drogę ku celu jest nieunikniony.
               Celem jest odnalezienie sensu życia.
               Sens jest czymś nieosiągalnym.
               Pozostaje włóczyć się po świecie i bawić w życie, póki on sam się nie odnajdzie.
               Niedoczekanie.

***
               -Jest przytomna, ale jeszcze nie odzyskała świadomości.
               - Takie omdlenia mogą się jeszcze powtórzyć.     
               - Ile to jeszcze będzie trwało?!
               - Co z nią?
               Słyszę urywki rozmowy, ale nie potrafię określić do kogo należy głos. Nie umiem nawet stwierdzić, czy jest to moja wyobraźnia, czy już rzeczywistość. Czuję się martwa, jednak nigdy nie wydawałam się sobie tak żywa.
               Powoli odzyskuję władzę nad umysłem. Wszystko dookoła jest głuche. Cisza niemal wypala mi bębenki, przynosząc fizyczny ból. Cielesne doznania sprowadzają mnie na ziemię. W końcu mam kontakt ze swoim ciałem, zatopionym bezwładnie w miękkiej pościeli.
               Następnie wzrok odzyskuje ostrość, a ja mogę poznać ściany mojego pokoju. Przy drzwiach stoją moi rodzice i doktor Smith.
               Rozmawiają.
               Słyszę każdą pojedynczą literę, jednak nadal nie potrafię ułożyć ich w składną całość.
               Oczy niespokojnie przenoszą wzrok po fioletowych ścianach, jakby były wolne od mojej władzy. I rzeczywiście, choćbym nie wiem jak bardzo chciała, nie jestem w stanie skupić spojrzenia w jednym punkcie.
               Jedyne, co mogę zrobić, to zacisnąć powieki, nawilżając tym samym wysuszone rogówki. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, z ust uchodzi ciche westchnienie, a wszystkie zaciśnięte bez mojej wiedzy mięśnie, rozluźniają się.
               - Molly – usłyszałam pospieszny szept mojej matki, a jej sylwetka natychmiast zawisła na moim drobnym ciałem.             
               Korzystając z władzy w rękach, pogłaskałam jej blady policzek, marząc o tym, by ten jeden gest starł wszelkie ślady smutku ze zdobionej zmartwieniami, zmęczonej tworzy mojej rodzicielki.
               -Przepraszam – szepnęłam cicho, niezdolna zmusić głosu do nabrania naturalnej barwy.
               - Nie szkodzi, córeczko.
               - Dlaczego płaczesz? Proszę cię, mamuś nie rób tego. Ja żyję i nie zamierzam jeszcze odchodzić.
               -Właśnie dlatego płaczę, skarbie.
               Przytuliła mnie mocno do piersi, ale szybko została ode mnie odciągnięta przez silne ręce mojego ojca.
               - Ktoś tu chyba o mnie zapomniał.
               Uścisnęłam go tak, jakbyśmy nie widzieli się wieki. Właśnie…
               - Która godina?
               - Chwilę po jedenastej. Byłaś nieprzytomna tylko piętnaście minut, jeśli o to ci chodzi.
              
               Odleciałam na piętnaście minut, a wydawało się to co najmniej wiecznością.
               Doktor Gerard Smith, najbardziej rozchwytywany w świecie kardiolog, stał nadal w rogu mojego pokoju i przyglądał w ciszy rozgrywającej się na jego oczach sceny radości. Nie wiem, co czuł patrząc, jak okazujemy sobie miłość i, jak cieszymy się z własnej obecności. Jego myśli pozostaną głuchymi myślami na zawsze, obijając się echem w umyśle starego człowieka.

dr Smith’s P.O.V.
               Widząc radość w oczach Barbary, z trudem powstrzymywałem kanaliki od produkcji nadmiernej ilości łez.
               Jestem profesjonalistą.
               Na słabość mogę pozwolić sobie jedynie w zaciszu swojego pustego mieszkania, gdzie każdego wieczora wylewam żale na przemoczone słonymi kroplami kartki, które płoną potem spokojnie w kominku.
               Utrata jest nieodłączną częścią przywiązania, będącą jednocześnie końcem, jak i początkiem wzajemnych relacji międzyludzkich.
               Końcem wspólnie przeżywanych chwil.
               Początkiem wiecznej pamięci o nich.
               Wielu wybitnych pisarzy i filozofów opisuje miłość, jako więź łączącą dwie niezależne od siebie jednostki. Więź tak silną, że niekiedy przeradza się w skrajne doznania, powodując częściową utratę świadomości własnej egzystencji.
               Nikt jednak nie okazał się tak wybitny, by objąć w słowa uczucie matki, trzymającej w  rękach dziecko. Jak widać ci świetni ludzie dawnych wieków, nie różnią się niczym od każdej samodzielnie funkcjonującej istoty ludzkiej współczesnego świata.
               Wszyscy jesteśmy tacy sami.
               Wszyscy kiedyś pokochamy kogoś tak, jak nikogo innego.
               I tak samo wszyscy utracimy tę osobę. Kogoś, kogo wolelibyśmy zostawić przy sobie na zawsze.
Jeśli dożyjesz stu lat, to ja chcę żyć sto lat minus jeden dzień, żebym nigdy nie musiał żyć bez Ciebie.
               Pamiętam jak dziś dzień, w którym siedząc na kanapie przed telewizorem, kołysałem na kolanach małego chłopca, który zawzięcie powstrzymywał ciężkie powieki od zamknięcia i wsłuchiwał się w słowa ulubionego bajkowego bohatera, głupiutkiego, a jednak pełnego miłości i szczęścia, Kubusia Puchatka.
               Następnego dnia podbiegł do mnie z rana i rzuciwszy się w moje ramiona, przywitał tymi słowami.
               Ten mały chłopiec nigdy już nie będzie musiał się tym martwić.
Niedługo później skazał mnie na długie, ciężkie lata samotnej tułaczki po bezdusznym świecie wojen i nienawiści.
               Serce czasem po prostu staje, pozwalając drobnemu ciałku osunąć się bezwładnie w ramionach niczego nieświadomej matki.
               W końcu ból utraty jest tak silny, że zmusza do wzięcia jeszcze jednej tabletki, zapijanej alkoholem, która doda odwagi, by zrobić krok w przód i zawisnąć na zawsze w mroku dziecięcego pokoiku.
               Zostałem sam.
               Sam z żalem i tęsknotą.
               Pogrążony w potrzebie zemsty na Bogu.
               I w końcu zmuszony do oglądania radości w oczach rodziców dzieci, uratowanych przed żądnymi niewinnej krwi, szponami Bożych rąk.
               Radości, której nigdy nie było mi dane czuć.
               Ostatecznie pozostaje mi żałować, że nie poszedłem śladami najbliższych, będąc święcie przekonanym, że tylko zemsta przyniesie mi upragnioną ulgę.
               Jednak zamiast niej, przyniosła jeszcze większą tęsknotę i cierpienie.

Widząc życie w umierających oczach mojej osiemnastoletniej pacjentki, pogrążałem się w nadziei, że jej nieunikniony los przyniesie ukojenie mojej, ogarniętej wieczną żałobą, duszy.
- Jak się czujesz, Molly? – spytałem, wracając do najbardziej istotnych w tej chwili spraw.
- Nadal jestem trochę otępiała, ale czuję się dobrze – odpowiedział mi jej dziecięcy głos. – Doktorze, czy są jakieś przeciwwskazania odnośnie mojego wyjazdu po ty, co się stało?

Molly’s P.O.V.
               Spojrzałam z nadzieją w oczy lekarza. Oczywiście musieliśmy poinformować go o moich planach i upewnić się, że nie będą one kolidować z moim stanem zdrowia.
               - Myślę, że nie. Pod warunkiem, że nie będziesz się nigdzie ruszać sama. Taka sytuacja może się powtórzyć w każdej chwili. Musisz także zażywać regularnie tabletki, ale myślę, że o tym nie muszę ci przypominać.
               - Oczywiście! – zaśmiałam się i rzuciłam w ramiona doktora. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję!
               - Naprawdę nie masz za co – chwycił mnie za ramiona i odsunął od siebie, śmiejąc się cicho. Uśmiech jednak nie sięgał jego szarych oczu, które wydawały się niewzruszone na żadne krzywdy świata, jakby skrywały za sobą wspomnienia tak straszne, że ukrywają się w najciemniejszych stronach jego umysłu.

***
               Po szybkim prysznicu, który zmył ze mnie resztki klejącego się do skóry potu, wskoczyłam do łóżka we wspaniałym humorze. Uśmiech nie schodził mi z twarzy, choćbym nie wiem jak bardzo chciała się go pozbyć.
               Ukojenie obolałym policzkom przyniósł dźwięk telefony, wskazujący na odebraną wiadomość od… Lucasa.
               Na widok jego imienia, mina mi zrzedła.
               Mimo, ze jutro mieliśmy wspólnie przeżyć przygodę życia, okrążając świat wzdłuż równika, nadal nie wiedziałam, jak odebrać jego dzisiejszy atak złości.
Od: Lucas<3
Spisz?
Do: Lucas<3
Nie
Od: Lucas<3
Mogę zadzwonić?
Do: Lucas<3
Jak chcesz…
               Zanim zdążyłam wcisnąć przycisk WYŚLIJ, na ekranie pojawiło się zdjęcie przyjaciela, sygnalizujące o przychodzącym połączeniu.
-Halo?
- Cześć, Molly!
- Coś się stało, Lucas? Jest środek nocy, jutro wylatujemy.
- Właśnie… co do tego wyjazdu…







No to mamy rozdział 5.
wyszedł strasznie krótki, ale zamieściłam w nim wszystko, co planowałam
jestem już w trakcie pisania rozdziału 6., więc i on powinien się niedługo pojawić
jak widać wprowadziła punkt widzenia doktora
podoba się Wam?

-jak myślicie, co Lucas miał na myśli? 
czy zrezygnuje ze wspólnej wyprawy? 

odpowiedzi zostawiam Wam!

proszę bardzo o komentarze i podsyłanie bloga znajomym

dziękuję i życzę miłego czytania!